CatSalut czyli Opieka zdrowotna w Barcelonie.

3625
1
Share:

A w zasadzie nie „opieka”, tylko „obiega”, gdyż żeby dowiedzieć się czegokolwiek na temat tak zwanego „niezbywalnego prawa każdego człowieka” trzeba się nieźle nabiegać. Jeśli drogi czytelniku, jakimś przypadkiem jesteś osobą, która już znalazła rozwiązanie problemów w prywatnej ubezpieczalni, ktoś cię ryczałtowo ubezpieczył w pracy, lub po prostu masz przeczucie, że nigdy nie poczujesz dziwnego swędzenia lub kołatania „gdzieś wewnątrz”, to ten artykuł w ogóle cię nie dotyczy.

Jeśli chcesz, zapraszam do dalszej lektury, bo może być wesoło. Jestem freelancerem. Nie mam firmy. Jak coś kupuję to za gotówkę, na miejscu. Jestem „czystym” marzeniem wolnorynkowca, zamkniętym w realiach marzyciela-socjalisty. Pracuję legalnie, mam umowy, ale nie przysługują mi żadne „niezbywalne prawa” typu kredyt w banku, czy choćby miejsce w kolejce do lekarza ogólnego. Z racji 30-ych urodzin poczułem coś w rodzaju obowiązku stopniowego dostosowania się do reszty – musi przecież coś być w tych kolejkach do ogólnego, skoro wszyscy walą tam drzwiami i oknami i organizują mi pod oknem głośne strajki na samą wieść, że ktoś by chciał w tych kolejkach sprywatyzować choćby jedno krzesełko. Zanim więc przejrzę oferty różnego rodzaju prywatnych „mutuł”, sprawdzę co mi daję ten słynny europejski niezbywalny SOC, przez który według naszych polityków tak wielu Polaków zamienia się w Polonię.No więc najpierw internet. Na stronie CAT-SALUD, który mnie socem ma ponoć obsypać, piszą o potrzebnych dokumentach. NIE – mam (wiem, że dziwnie brzmi, ale MAM), umowa z najemcą – jest, paszport, prawo jazdy, dowód osobisty – wszystko od zawsze w tej samej niebieskiej kopercie (dla potrzeb bezpieczeństwa kolor koperty zmieniony). Na wszelki wypadek zabrałem dyplom ukończenia przedszkola, nieważną kartę z lubelskiego klubu rowerowego – tak żeby nie musieć wracać potem do domu. Trzeba się postarać o empadronamiento. Znowu: internet, google maps, drukarka. Urząd, w którym to kolejne potwierdzenie mego jestestwa wyrobiłem specjalnie na tą okazję, był okazały. Supernowoczesny sprzęt, który odczytuje znaki wodne w paszportach, postawiony specjalnie by ulżyć urzędnikom, znaków wodnych z mojego paszportu nie odczytał. Jak znam życie, popsuł go właśnie przestraszony zwolnienia urzędnik. Wielka, wystrojona sporych rozmiarów zdjęciami jakiejś lokalnej fiesty z 2004 roku poczekalnia, była pełna słońca. Najprawdopodobniej urządzona według wskazówek feng-shui, tak by przysypiający petenci nie zasypiali głową w kierunku wyjścia i takie tam. W sali, w której ponoć prawdziwe cuda się odbywają, było jeszcze więcej miejsca, a wierzcie mi na słowo, wiem o jakiej ilości miejsca marzą nasze rodzime urzędasy: moja mama pracowała chyba w setce biur i kilka dzięki temu zwiedziłem. Nawiasem o fiestach wspominając, nawet kiepski kierowca by tam zaparkował ze cztery. W wersji kombi! Nie zamykając drzwi!Zasiadłem w wyjątkowo niewygodnym krześle i po kilku słowach tłumaczenia wszedłem w druga fazę wizyty. Czekanie na to co powie komputer. Ekran LCD oklejony był z mojej strony naklejkami zachęcającymi do wszelkiego rodzaju strajków. CCOO, UGT, komuniści, anarchiści, trwale niezdolni do pracy: strajkują wszyscy. Nie strajkują tylko designerzy ulotek, jak widać. Oczekwianie na reakcje komputera, które jak wymóżdzyłem przyspieszane jest w Katalonii ciągłym naciskaniem klawisza „escape” sprawiło że zrozumiałem dlaczego krzesło jest niewygodne. Mam nie przysypiać, na wypadek nagłej potrzeby udzielenia informacji z gaunku takich, o które co niedziele pyta różne rodziny Karol Strasburger. Przyglądałem się więc ulotkom, drugiemu i ostatniemu w tej hali odlotów socjalnych stanowisku i mojej SOC-czarodziejce, po grymasie i przygarbieniu której można było się domyślać, iż po jej stronie monitora lcd przyklejone jest znacznie więcej ulotek niż po mojej. Oczywiście jak wszyscy urzędnicy jakich spotkałem w Barcelonie była i ona ogromnie sympatyczna. Z uśmiechem zadała mi pytanie jakie studia skończyłem, na co też odpowiedziałem z uśmiechem, że wyższe, dawno temu i wiele razy. Komputer natychmiast uznał moją wyższość nad nim i wypluł coś na brzydkim żółtawym papierze. Z tym mam iść do ośrodka CAT-SALUD. No to idę. Adeu!
Idąc do wyguglowanego wcześniej adresu najbliższego CAT-SALUDA nie obiecywałem sobie za wiele. Nie rozmarzałem się na temat tego co sobie w pierwszej kolejności każę niezbywalnie przebadać. W końcu wszystko to jest tylko jednym wielką próbą odpowiedzi na pytanie o ten słynny SOC zabierający naszej ojczyźnie jej najlepszych. W CAT-SALUDZIE urwałem kolejny numerek do kolejki i gdy moja cyferka pojawiła się na ekranie, wywołałem mocne zdziwienie na twarzach tamtejszych absolwentów medycyny, których zły czarodziej MOLOCH pozamieniał w plujących papierem urzędników.

– Przede wszystkim – rzekł niegdyś piątkowy student obecnie operator okrutnie głośnego obrotowego krzesła – muszę pogadać z koleżanką, gdyż ja się na tym nie znam zupełnie.

Siedząca obok koleżanka, której tytuł naukowy zasłaniały powpinane w kieszeń fartucha długopisy z logiem CATSALUDA, ustaliła że Polska jest w Unii Europejskiej. A ustalała to w porozumieniu z jeszcze inną doktorką-urzędaską. Można powiedzieć, że w tamtej chwili powtórzone zostało nasze referendum akcesyjne. I tym razem Polska znalazła się w europejskiej wspólnocie większością dwóch trzecich głosów – co oznacza lepszy niż 7 lat temu wynik!

Potem ustaliła, że musi wiedzieć, czy mam jakieś ubezpieczenie tam, w Polsce. I moje słowo nie wystarczy. Dostałem więć kolejna brzydką kartkę z wypisem dokumentów, które muszę donieść. Nie było na niej nic o klubie cyklistów, ni o przedszkolu, niestety. Był adres: Laietana 7. Mija weekend. Idę więc na Laietana 7. URZĄD DO SPRAW UBEZPIECZENIA. Wreszcie obiecująca nazwa. Kolejny papierowy numerek do papierowej kolejnej kolejki i wrażenie, że wystarczą trzy kolejki w barcelońskich urzędach, by rozpoznać wszystkie rasy i
kultury nakręcone kamerą Tony Halika. I tu jakby wybudzenie ze snu.

– Ale o co się panu rozchodzi? – pyta mnie konkretnie jak dawno nikt tu nie zapytał, starsza pani bez naklejek na monitorze. – A skąd ja mam wiedzieć, czy pan ma ubezpieczenie u siebie. Co ja pana mama jestem ? Jak nie pracuje i nie ma żony, która pracuje to ubezpieczenia nie dostanie. Za darmochę chce? Co to za papier w ogóle i spadówa mi stąd!

I jak tej pani powiedzieć, że mam znajomych tu w Barcy i wszyscy mają CATSALUDA, połowa robi na czarno, ćwiartka z nich jest tu na nielegalu, niektórzy z krajów, które nigdy nie będą w Unii Europejskiej, bo nikomu w Indiach się nie śpieszy organizować takiego referendum. I jak jej powiedzieć, że marnuje jej czas, bo mi na tym soc-wynalazku nie zależy tak naprawdę. Więc tylko przyznaje jej rację, że to nonsens. Wracam więc wyrwać kolejny numerek, do CATSALUDA, bo blisko i pytam co to za dziwny papier mi dali, już chyba tylko dla zabawy. Ale tam już druga zmiana lekarzędasów. Dziewczyna patrzy to na mnie, to na papier i niczym w odcinku „Strefy Mroku” słyszę najpierw w myślach potem z jej ust : „Ja nie wiem co to za papier. My takich nie dajemy.”

Wracam do domu i znowu google. I szczęśliwy jestem, że ja tak na lekko po tych urzędoktorach. Bez krwawiącego ucha czy płaczącego dziecka. Wygugluje, popytam i wybiorę „mutułę”, gdzie nie straszy zły MOLOCH. Oby. Adeu!

Autor: Tomasz Borkowski

Share: